UMÓW WIZYTĘ

Dlaczego ja musiałam przez to przejść?

Początek

Moja historia wydawała mi się niezwykła, kiedy we wrześniu 2020 usłyszałam diagnozę „Tak, to są zmiany nowotworowe. Ma Pani raka”. Jednak po tylu miesiącach walki z chorobą, przebywania wśród innych pacjentów, patrzenia na ich ból i cierpienie, wiem, że to, co mi się przydarzyło, nie jest czymś wyjątkowym. To, co czyni moja historię niepowtarzalną, to jedynie fakt, że ja jestem jej bohaterką.

Zaczęło się klasycznie. Prysznic i guz. I oczywiście myśl, że to niemożliwe, to nie może być nowotwór. Jestem młoda, wysportowana, mam dobre i szczęśliwe życie. To chyba nie dopada takich ludzi? Po usłyszeniu tej najgorszej z możliwych wiadomości nie płakałam. Uzupełniłam w szpitalu badania, o które mnie poproszono i pojechałam do pracy. Wykonywałam swoje obowiązki, rozmawiałam z ludźmi. Na koniec dnia podlałam kwiaty. Pojechałam na mecz piłki nożnej Julka (lat 5), potem wróciliśmy spacerem do domu i trzymałam małe dziecięce rączki w swoich dłoniach z zupełnym spokojem. I dopiero kiedy w domu Helenka (lat 3.5) zaczęła tańczyć i kłaść w dziwnych pozach na podłodze wzruszyłam się i coś we mnie pękło. Dopadł mnie strach i szok, których nie dopuszczałam do siebie przez cały dzień. Płakałam i nie mogłam się uspokoić. To było moje pierwsze załamanie.

W pierwszym odruchu najbardziej bałam się o dzieci i o ich przyszłość, a tak naprawdę, o to że jej nie dożyję. Zanim zrozumiałam, że raka się leczy i mam szansę z tego wyjść, przez kilka dni myślałam, że umrę tu i teraz. Że za kilka tygodni, w najlepszym wypadku miesięcy mnie tu nie będzie. I w głowie i w sercu wciąż kołatał mi się strach i tylko jedna myśl: co się stanie z moimi dziećmi? Bo przecież nikt się nimi nie zajmie tak, jak mama. Kto inny wie, że jabłko podajemy pokrojone na ćwiartki, w tym dwa kawałki podajemy bez skórki, a dwa ze skórką? Którą sukienkę zakładamy do zabawy w kopciuszka, a którą na urodziny misia? Że czołg stoi po prawej stronie Spidermana, a Lord Vader po lewej, nigdy odwrotnie? Dnia by nie starczyło, gdybym miała wyliczyć te wszystkie drobiazgi, z których utkana jest matczyna codzienność z dzieckiem. Świadomość, że mogłabym nie zobaczyć Julka z plecakiem, jak wędruje po raz pierwszy do szkoły czy Helenki malującej usta przed randką, była dla mnie największą motywacją, żeby wyzdrowieć. I tak się zaczęło.

Czerwona chemia. Czas trwania – 8 tygodni

Okropny czas i okropne wspomnienia. Ból nie do opisania. Pierwsze wizyty w Instytucie, godziny spędzone w ciemnych korytarzach w oczekiwaniu na spotkania z lekarzami i na informację czy są przerzuty. Kolejne badania i kolejne kłucia. I włosy. Nigdy z nimi nie eksperymentowałam, całe życie długie i jasne. Najpierw obcięte na chłopaka, potem w grudniu mąż zgolił mnie na łyso. W pewnym momencie miałam w domu pozasłanianie wszystkie lustra, nie mogłam na siebie patrzeć. Generalnie człowiek w domowych pieleszach, w dresie i bez makijażu (kobieta zrozumie) wygląda mało atrakcyjnie, a dodajcie sobie do tego cienie pod oczami, blada skórę, ślady po zastrzykach i ta łysą głowę. Płakałam. Przestawałam na jakiś czas, a potem znowu płakałam. I to było moje drugie załamanie.

Był moment w trakcie tej części chemii, kiedy siedziałam naprawdę smutna i bez sił. I wtedy przybiegły do mnie dzieci. Przytuliły się, Helenka głaskała mnie po tej nieszczęsnej głowie (Julek się bał). Zrozumiałam w tym momencie coś, co było dla mnie oczywiste, ale schowane gdzieś pod zasłoną codziennych obowiązków i wiecznego pośpiechu. Że dla dzieci mama to mama, z włosami czy bez, zmęczona czy uśmiechnięta. Że kochają mnie bezgranicznie i bez względu na wszystko.

Biała chemia. Czas trwania – 14 tygodni

Wiedziałam już, że nie ma dalszych przerzutów, co było dla mnie ogromna ulga. Znałam już przeciwnika i wiedziałam, że moje szanse rosną, bo guz zaczął się zmniejszać. Byłam w stanie przeczytać książkę („Widnokrąg” W. Myśliwskiego), obejrzeć film. I tylko ciągle na ramieniu siedział, niby czarny pająk gotowy do skoku, strach w każdej chwili gotowy przypomnieć, że to się nie skończyło, że ciągle mam raka i jestem poważnie chora. Skutki uboczne były lżejsze, choć mimo wszystko były. Do moich „ulubionych” należały: 

  • zapalenie gardła (w pewnym momencie miałam łącznie 5 płynów do płukania, właściwie całymi dniami nic nie jadłam tylko musiałam stosować różne specyfiki), 
  • ból paznokci (teraz już wiem, jakich uchwytów w przyszłości w kuchni nie stosować), 
  • katar trwający 6 miesięcy,

i last but not least – plucie krwią (tego się można naprawdę wystraszyć).

Operacja i regeneracja. Czas trwania – 7 tygodni

Na początku przygody z nowotworem szukałam swojego własnego sposobu, jak sobie z tą chorobą mentalnie poradzić. Sięgałam po książki, artykuły, czytałam fora. To, co mnie uderzyło w historiach opisywanych przez innych, to byli ich wspaniali lekarze. Mądrzy, cierpliwi, wyrozumiali, współczujący, niemalże kładli się ze swoimi pacjentami do szpitalnych łóżek, żeby tylko im ulżyć w cierpieniu. Doktorzy, z którymi ja miałam styczność, w porównaniu z nimi byli najmilej pisząc normalni, a na zadawane przeze mnie pytania spotykałam się ze wzrokiem mówiącym „Nie widzi, ile pacjentek czeka za drzwiami? Ile jeszcze czasu mi zajmie?”. Zarzucałam sobie, że za mało robię, że mogłam znaleźć kogoś innego, lepszego, równie niezwykłego jak Ci z książek i Internetu. I kiedy w grudniu pojechałam do innego miasta na spotkanie z poleconym chirurgiem nastała jasność. Poznałam lekarza, który nie tylko uratował mi pierś, ocalił przed kalectwem, ale też ze mną rozmawiał, wyjaśniał, tłumaczył i żartował (po raz pierwszy śmiałam się z tego, że mam raka – tak, jest to możliwe). Na dzień dobry mówił „Witam, no to striptiz”, odpisywał na maile o godzinie 2 w nocy i dzwonił o 8 rano, nie zostawiając żadnej z moich wątpliwości bez odpowiedzi.

Dziękuje, Panie Doktorze! W trakcie pobytu w szpitalu miałam do czynienia z jeszcze jednym objawieniem lekarskim, medycznym odpowiednikiem Brada Pitta. Kiedy ten przystojny i szarmancki Doktor miał obchód, z dziewczynami w pośpiechu zakładałyśmy peruki, poprawiałyśmy makijaż, a bluzki z dekoltem zamieniały pomięte piżamy. Mój przypadek z naszej trójki z pokoju był najcięższy i wymagał specjalnych opatrunków, które pewnego ranka zmieniał właśnie Pan Doktor. Ponieważ było to pod koniec mojego pobytu w szpitalu i miałam już wszystkiego dosyć, co nie umknęło jego uwadze, spojrzał na mnie i zapytał: „Czy to Panią boli?”. I poczułam się jak ta Julia, nad którą pochyla się Romeo (wiedzcie, że byłam pod wpływem leków przeciwbólowych) i przez chwilę, mimo warunków, w których byłam, poczułam się rozanielona. Zapewne myślicie, biedny mąż w domu zamartwia się o żonę po operacji, a tej się Shakespeare marzy. Uprzejmie donoszę na swoje usprawiedliwienie, że on śledzi na Instagramie fintessmodelki z Czech, których ubiór i pozy pozostawiają wiele do życzenia, a ja walczyłam z nowotworem złośliwym. Myślę, że jesteśmy kwita.

Moment, kiedy osoba chora uświadamia sobie, że jest zdrowa, nie jest do końca tak oczywisty, jakby się mogło wydawać. Wręczenie przez lekarza wyniku „Całkowita odpowiedź na leczenie”, nie zawsze oznacza stan euforii i w moim przypadku nie była chwilą skakania z radości. Owszem, odczułam ulgę i lekką satysfakcję, ale tę informację odebrałam głównie, jako kolejny zakończony etap leczenia. Proces ciągle trwał. Ponieważ czekała mnie jeszcze radioterapia, z wielkim zniecierpliwieniem oglądałam swoje rany na nowo powstałej piersi, wypatrując znaków, że się goją. Regenerowały się prawidłowo, aczkolwiek ku rozczarowaniu sfrustrowanego i zmęczonego pacjenta, którym byłam i który chciałby mieć już to wszystko za sobą, nieznośnie powoli. I kiedy pewnego dnia (jak dzień wcześniej i jak jeszcze dzień wcześniej) patrzyłam w lustro oglądając swoją pierś i hipnotyzowałam rozpaczliwie rany wzrokiem: „Znikajcie! Znikajcie!” powstała w mojej głowie myśl „Nie daj się zwariować. Zwalczyłaś raka, a teraz poddajesz się szaleństwu z powodu kilku strupków”. I wtedy doznałam olśnienia. POKONAŁAM RAKA. Nie ma go. Zniknął. Jestem zdrowa? Jestem zdrowa!!! Jak mogłam wcześniej o tym nie pomyśleć! Dramatyczne łzy wzruszenia i niedowierzania. Niemymi świadkami chwili mojego wielkiego triumfu był pluszak porzucony przez Helenkę na podłodze i przywiędłe już tulipany.

Radioterapia. Czas trwania – 4 tygodnie

Wybuchła wiosna. Magnolie, bzy i jabłonie. Po raz pierwszy od lat miałam możliwość czerpać z niej pełnymi garściami. Najpierw spacerowałam, potem maszerowałam, na końcu przesiadłam się na rower. Przybywało sił. Odrastały brwi, rzęsy, włosy ( yes! yes! yes!). W słuchawkach na uszach pokonywałam kolejne kilometry i zastanawiałam się nad swoim życiem. Czy rak mnie zmienił? Nie. Czy czuję się teraz silniejsza, mocniejsza? Nie. Ale moim marzeniem było przebiec maraton, a teraz wystarcza mi wycieczka rowerowa do pobliskiego lasu. Kiedyś marzyłam o wspaniałych podróżach: Angkor Wat, plaże Bora Bora i Toskania. Obecnie radość sprawia mi piknik z przyjaciółką nad pobliskim zalewem. Czyli coś się jednak zmieniło.

Mimo całej tej wspaniałej wiosny i pogody czułam się samotna. Bardzo brakowało mi pracy, kontaktu z ludźmi. Potrzeba obcowania z innymi pchała mnie do rozmów z wszystkimi wokół: wiedziałam jaki motor nabył syn właścicielki antykwariatu, gdzie na wakacje wybiera się pani z warzywniaka. Muzyka po części zastępowała mi towarzystwo, zarówno nowe odkrycia (Harry Styles!), jak i stare oldschoolowe klasyki. Miałam kawałki do śmiechu, do wzruszeń, do motywacji. Nie raz zdarzyło mi się tańczyć na chodniku, by kilka metrów dalej popadać w smutek „O Boże, dlaczego ja musiałam przez to wszystko przejść?!”. I niczym Rocky Balboa miałam swój hymn, który mnie otrzeźwiał i dodawał otuchy. „I am still standing” Eltona Johna. A szło to tak:

„Don’t you know I’m still standing better than I ever did 

Looking like a true survivor, feeling like a little kid I’m still standing after all this time”.

I wreszcie dostałam od lekarza zielone światło – ruszamy z radioterapią! W porównaniu do wcześniejszych etapów leczenia to dosłownie, jak plaża. 10 minut naświetlania i do domu. Ze skutków ubocznych jedynie odczuwałam dyskomfort gardła. Ale o tym już było.

Koniec?

Jest taka miejscowość koło mojego miejsca zamieszkania. Komorów się nazywa. Piękna, zielona, z bogatymi domami i ogrodami. Lubiłam po niej spacerować, oglądać te posiadłości i rozmyślać sobie, jak to taki bogacz musi wieść wspaniałe i szczęśliwe życie. I nie raz nie dwa, zamarzyło mi się, jak by to było samej w takim ogrodzie wśród róż posiedzieć. Kiedy zachorowałam, wciąż spacerowałam, tylko już miałam inne myśli w głowie. Ile jeszcze dni do końca chemioterapii. Jakie badania czekają mnie w przyszłym tygodniu. Oraz nieśmiertelne – kiedy się to wszystko skończy. I kiedy już wyzdrowiałam i koszmar minął, spacery po Komorowie wciąż stanowią integralną część mojego wolnego czasu. Tylko patrząc na te znajome okolice, nie odczuwam jak pierwotnie zachwytu, ale lęk, strach, niepokój, jakbym ciągle była chora. A przecież nie jestem. Nazywa się to stres pourazowy. To tak jak z tym żółtym swetrem. W czasie pierwszej czerwonej chemii (znowu ta czerwona chemia) miałam na sobie żółty sweter. Spędziłam w nim całe cztery dni, bo byłam zbyt słaba, żeby się przebrać, wstyd było poprosić o to najbliższych i zresztą było mi obojętne, co mam na sobie. Po kilku miesiącach znalazłam go w szafie. Na powrót momentalnie poczułam smak lekarstw i zapach szpitalnych korytarzy. W uszach „Cyk, cyk, cyk” spadające krople chemii. To też jest ten stres, ponoć kiedyś minie. Sweter wyrzuciłam. Ciężko się żyje z rakiem, ale ciężko też się żyje po raku.

W trakcie leczenia głęboko wierzyłam, że jeśli dam z siebie wszystko to wyzdrowieję. Co więcej, byłam przekonana, że to już nigdy nie wróci i minie jak zły sen. Jednak po zakończonym sukcesem leczeniu lekarze wyjęli z rękawa kolejnego asa – możliwe (ale niekoniecznie), że w przyszłości nastąpi nawrót choroby. W tym samym miejscu, w drugiej piersi, w kościach, w wątrobie (wymieniać dalej?). „Możliwe”. Słowo, jakich wiele, a na dobrych kilka tygodni wytrąciło mnie z równowagi. Udało mi się przecież wyzdrowieć, oczami wyobraźni widziałam siebie z wnukami na kolanach, a tymczasem za kilka lat „możliwe”, że nastąpi powtórka horroru. Bardzo ciężko było mi się po tej wiadomości pozbierać. Straciłam całą wiarę w siebie. W najmniej oczekiwanych momentach dopadał mnie okropny, nie do opanowania strach. Budziłam się z bólem brzucha. To było moje trzecie, ostatnie załamanie. I wtedy wyznaczyłam sobie cel, taki konkretny. Nie żadna tam nauka szydełkowania czy planowanie wakacji. Stwierdziłam, że jednak przebiegnę ten maraton. I kiedy w maju przemaszerowałam łącznie ponad 120 km dodając do tego co drugi dzień rower, wiedziałam, że to zrobię. Choćbym miała wypluć płuca. Obraz choroby zaczął blednąć, a zamiast wizji kolejnego raka układam w głowie plan treningów, czasami nawet daję się ponieśćemocjom i wyobrażam sobie, że pokonuje metę tych 42 km. I już się nie boję kolejnego dnia, mało tego, czasami zdarza się, że wieczorem nie mogę się doczekać jutra. I o to chyba w życiu chodzi.

PS. 

„Ta historia jest zmyślona. Rzeczy, które wydarzyły się naprawdę, były o wiele straszniejsze”. M. Szyczgieł, „Gottland”, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2006, s.129

“Jakie piersi robimy? Sportowe!” – zapiski z mojej redukcji piersi

Chciałabym podziękować Panie Doktorze Przemku Jasnowski za piękne piersi i podzielić się moimi odczuciami towarzyszącym mi przed zabiegiem operacyjnym i podczas rekonwalescencji.

Piątek 28 sierpnia 2020 rok — dzień zabiegu

Lekki stresik. Niewiadoma dla mnie… Zostałam przyjęta na oddział bardzo fajnie, miło i przyjemnie. Po wykonaniu na mnie obrazu Picasso przez Pana Doktora 😉 czekałam już na zabieg myśląc OŁ JEEE to się dzieje naprawdę! Po wizycie pani anestezjolog, przyszła pora pójścia na salę operacyjną. Poczułam lekką adrenalinę, ale tak naprawdę wszystko działo się tak szybko, że pamiętam tylko miłe panie, fajny zapach i kojącą muzykę zespołu Dżem.

Po operacji

Pobudka po operacji  była dla mnie zdziwieniem. Że co? To już?! Nie odczuwałam żadnego dyskomfortu, wcześniej myślałam że będę miała jakieś dreszcze, torsje, czy  będę obolała. Było mi fajnie, ciepło — po dwóch godzinach śmigałam już do łazienki. Jedyny ból to w krzyżach od leżenia 😉 Ale to już SKS…

Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam to lekkość w odcinku piersiowym. Moje plecy jakby od razu poczuły ulgę i sylwetka nabrała prawidłowej postawy. Teraz co chwilę podziwiam swój profil wszędzie, dosłownie WSZĘDZIE! 

Powrót do domu

Po powrocie do domu (sobota 29 sierpnia) musiałam troszkę udawać, bo cholera nic mnie nie boli, nie będą chcieli mnie obsługiwać (mąż i syn)! Gdyby nie zdrowy rozsądek, to chyba poszłabym pobiegać, ale oczywiście nie zniweczę takiej ciężkiej pracy i powściągnę swoje zapędy.

Pierwsza wizyta

W poniedziałek pierwsza wizyta u Pana Doktora (biegłam spóźniona). Zobaczyłam moje piersi w pełnej okazałości — kształt i wielkość pasują do mnie jakby szyte na miarę! Pan Przemek od razu wiedział o co mi chodzi. Chciałam sportowe i są 🙂 Happy!

Zmiana opatrunku

We wtorek pierwsza kąpiel i samodzielna zmiana opatrunku. Napiszę tak: trochę to odwlekałam, bo jednak bałam się że coś pouszkadzam, zrobię sobie krzywdę, czy też będzie bolało. Kiedy już usunęłam plastry, myślę sobie “kurde wejdę pod prysznic… będzie piekło…”. Puściłam wodę i już chciałam zasyczeć z bólu, a tu zdziwienie — żadnego szczypania czy pieczenia! Po prostu ulga! Chciałam jeszcze napisać na temat szwów — poprzyglądałam się z bliska i są naprawdę majstersztyk, po mojemu Picco bello! Jeszcze raz bardzo dziękuję za opiekę Panu Doktorowi oraz całemu personelowi.

PS. Warto spełniać swoje marzenia! Aa i mam nadzieję że nie uraziłam Pana Doktora nazywając Picasso 😉

„Po co to robisz? Tak się okaleczać!” Mutacja BRCA1 — moja historia

Jedni mówili:

– Po co to robisz? To przesada. Tak się okaleczać!

Inni dopingowali:

– Ale będziesz mieć cycki! Każdy będzie chciał dotknąć

Byli i tacy, a właściwie takie, które wielokrotnie podkreślały, że nigdy na coś takiego by się nie zdecydowały, no bo co z karmieniem piersią jak pojawią się dzieci? A ja się zdecydowałam! I to w dodatku z pełną świadomością zarówno pozytywnych jak i negatywnych stron zabiegu.

Dlaczego? Bo widziałam jak choroba nowotworowa zabiera ukochaną mi osobę — moją mamę. Powoli okrada z czasu, marzeń, planów dając w zamian ból nie do uśmierzenia. Bezradność i bezsilność, jakie mi w tym wszystkim towarzyszyły były nie do zniesienia. Nie chcę by ktokolwiek dla kogo jestem ważna musiał czuć, to co ja wtedy czułam. Wiedziałam też, że mam mutację BRCA1, piersi trudne do badania, w których regularnie zachodzą procesy nowotworzenia, widoczne jedynie w MR.

Wątpliwości są zawsze…

Kiedy już wydawało mi się, że jestem zdecydowana i dobrze czuję się z tą decyzją, pojawiały się pomysły, że może jeszcze zaczekać. Pytanie na co?

Tuż przed zabiegiem, już w samym szpitalu towarzyszył mi spory lęk. Byłam spokojna, jeśli chodzi o ręce, które będą mnie operować. To czego się bałam, to powikłania, czyli to co się zdarza, a na co nie mamy wpływu. Kiedy na sali operacyjnej trwały przygotowania i powoli zbierał się zespół, dotarło do mnie, że to ostatni moment na ucieczkę i rezygnację. Widocznie za długo analizowałam plan ucieczki, bo nie zdążyłam uciec.

8 dni po zabiegu

W tym czasie zmierzyłam się z bólem o takim natężeniu jakiego nie znałam. Na szczęście nie trwał długo. I z każdym dniem jest wyraźnie lepiej. Przekonałam się, ile życzliwych osób mnie otacza. Takich, którym na mnie zależy. Dla których jestem ważna.

Nie sądziłam, że to powiem, ale moje piersi w końcu mi się podobają. Piersi to podobno symbol kobiecości. Tyle, że my kobiety mamy dosyć ograniczony wpływ na to jak wyglądają. Zależy nam by były zdrowe, a jeśli mogą być zdrowe i jednocześnie piękne to czegóż chcieć więcej. Już nie mogę się doczekać, kiedy znowu wrócę do jogi i pływania, a moje piersi nie będą mi w tym przeszkadzać.

Moja wiadomość do wszystkich

Tym, którzy mówili, że się okaleczam mówię, że mając do wyboru blizny czy życie, stawiam na życie… z bliznami. Poza tym ciężko jest lekko żyć ?

Tym, którzy twierdzili, że każdy będzie chciał dotknąć, pozostaje przyklasnąć, przy czym to ja będę decydować, kto dotyka i zapewniam, że bynajmniej nie będzie to każdy.

Tym, zaś, które mówiły co z karmieniem — odpowiadam, że głodzić nie planuję 😉

Nie potrafię okazać wszystkich emocji, bo mam je raczej wewnątrz niż na wierzchu. Jestem bardzo, bardzo zadowolona z przebiegu i efektu operacji. Jestem też przeszczęśliwa, że mimo trudnej sytuacji udało się wszystko zrealizować zgodnie z planem i że trafiłam w najlepsze w tym kraju ręce? Kiedy przez całe swoje dotychczasowe życie człowiek żyje z kompleksem dużych piersi i potem nagle, z dnia na dzień, kompleks znika — to trzeba czasu, by wyjść ze zdumienia i uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.

Raz jeszcze dzięki serdeczne za taką precyzję, estetykę i fest pozytywne nastawienie ?

p. Iwona

Mutacja genu BRCA1 — moja historia

Pod koniec października 2019 roku moja młodsza siostra, tata i ja poddaliśmy się badaniu genetycznemu w kierunku mutacji genu BRCA1 po tym, jak na nowotwór piersi zachorowała bratanica taty mieszkająca w Anglii. Ona przeszła cykl badań w Anglii, potem te same badania przeszła jej siostra i tata, mieszkający w Polsce. Okazało się, że wszyscy — mój tata, jego brat, moja siostra, ja i nasze dwie kuzynki, jesteśmy nosicielami BRCA1. Nasza babcia, mama naszych ojców, zmarła w wieku 43 lat na problemy z przydatkami, tak to się wtedy chyba mówiło. To był rok 1977. Żadna z nas nie poznała babci. Urodziłyśmy się nieco później. W 1978, 1980, 1981 i 1986 roku. 

Pierwsze emocje…

Teoretycznie wiedziałam, że wynik badania może być pozytywny, ale gdy w styczniu 2020 roku dostałam do ręki potwierdzenie, to jednak wiadomość ta ścięła mnie z nóg. W tym czasie nasza kuzynka w Anglii przeszła już chemioterapię i czekała na obustronną, jednoczasową mastektomię z rekonstrukcją, z kolei jej siostra tu w Polsce szykowała się do zabiegu usunięcia jajników i jajowodów oraz, zdaje się, miała już wyznaczoną datę jednostronnej mastektomii z rekonstrukcją. 

Liczba myśli na minutę w tamtym czasie była nie do opisania. Milion emocji, łez, rozmów z najbliższymi. Wątpliwości też mnóstwo, choć oswajając temat, szukając specjalistów, czytając fora z wypowiedziami dziewczyn, kobiet z podobnymi problemami, kompletując badania (usg piersi, ginekologiczne, rezonans magnetyczny itp.), obecność genu BRCA1 stała się akceptowalna. Nie mogłam zrobić nic więcej jak zamienić początkową czarną rozpacz na działanie. Zresztą nie tylko ja, w tym czasie wszystkie cztery trzymałyśmy się razem, choć każda była na innym etapie. Powtarzałyśmy sobie „no cóż, gena nie wydłubiesz”. Ta relacja jest między nami do tej pory, mamy w sobie ogromne wsparcie. 

Bardzo dużo pozytywnych myśli i fluidów dostałyśmy od pozostałych kobiet w naszej rodzinie, których nasz problem nie dotyczył bezpośrednio, ale które były z nami i są w tym trudnym czasie. I wiedzą — trzeba się badać! Trzeba się pilnować! 

Nieoczekiwana zmiana

Ważnym elementem w tej opowieści jest zarówno mój mąż, jak i mężowie/partnerzy mojej siostry i kuzynek. Mężczyźni ci — nasi rodzinni bohaterowie — wykazali się tu dużą wrażliwością, zrozumieniem, miłością. Wsparcie z ich strony było i jest bezcenne, choć oczywiście — jak to u facetów — polegało na rozwiązaniu problemu, a nie rozdmuchiwaniu go. Podejście zadaniowe. W sumie ważne, bo to był wyraźnie brzmiący głos rozsądku na zasadzie (może brutalnie), że lepsza kobieta bez piersi, bez janików (w razie gdyby coś się nie udało) niż martwa. 

Wszelkiego rodzaju specjalistyczne wizyty miałam już zaplanowane i umówione, gdy pojawił się koronawirus, w związku z czym terminy uległy przesunięciu. Jednak gdy okazało się, że w lutym tego roku na nowotwór piersi zachorowała moja młodsza siostra, wszelkie jeszcze może gdzieś tlące się wątpliwości i lęki związane z operacjami, zniknęły. Pomyślałam, że to nie jest kwestia, CZY ja zachoruję, tylko KIEDY to się stanie. Strach i panika to chyba jedyne, co sobie teraz mogę przypomnieć. I bezsilność, tak, na pewno bezsilność. Bardzo się bałam o siostrę, ale ona nie pozwoliła mi zapomnieć o mnie samej, twierdząc, że sytuacja każdej z nas jest tak samo ważna. Z jednej strony kuzynka, która pokonała nowotwór, z drugiej jej siostra, która już była w trakcie operacji profilaktycznych, potem moja siostra ze świeżą diagnozą i na początku swojej walki i ja — bojąca się tych operacji jak ognia, ale wiedząca, że to jedyna słuszna decyzja. Gdybym jej nie podjęła, to prawdopodobnie zwariowałabym, czekając na wyniki badań, a biegałabym pewnie do gabinetu ginekologa raz w miesiącu, żyjąc w panice i strachu, czy to już. 

W końcu nadszedł ten dzień

Trafiłam do doktora Jasnowskiego, pokonując ok 300 km, żeby jechać na wizytę. Wiem, że doktor wcale nie życzy sobie wychwalania go, ale cóż — no muszę. Muszę, bo poczułam się potraktowana bardzo profesjonalnie, bardzo indywidualnie, bardzo osobiście. Bez głaskania po głowie, bo tego mi nie było trzeba, tylko rzeczowo, konkretnie. Został ustalony wstępny termin operacji, choć musiałam jeszcze dzwonić i upewniać się, czy w dobie pandemii szpital wrócił do wykonywania operacji. Zadzwoniłam. Wrócił. Wszystko było aktualne. Znowu panika, że to już zaraz, za chwileczkę, niedługo… 

Do szpitala stawiłam się 17 czerwca i ze względu na badania w kierunku koronawirusa spędziłam w nim tydzień. Nie muszę w tym miejscu pisać, że szpital, choćby był Leśną Górą z „Na dobre i na złe”, zawsze pozostanie szpitalem i to po prostu trzeba przetrwać. Przejść badania, wywiady, wypełnić dokumenty, znieść izolację. Moje dziewczyny poradziły, żeby to potraktować jak odpoczynek od obowiązków, znaleźć czas na czytanie, na seriale, wyspać się. Powiedzmy, że w pewnym stopniu się to udało 🙂 Ważnym jednak aspektem były kobiety, które tam spotkałam. Każda z inną historią, choć niektóre z podobną do mojej, naszej rodzinnej. To te kobiety utwierdziły mnie jeszcze bardziej w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję i trafiłam w najlepsze ręce. Jestem wdzięczna paniom pielęgniarkom, że tak delikatnie traktowały moje cienkie żyły, a potem otoczyły opieką i z dużą wrażliwością mnie opatrywały. Bo ja idąc do gabinetu zabiegowego, byłam blada i zielona. Naprawdę. 

Moje nowe piersi

Oczywiście bohaterem finału tej opowieści jest doktor Jasnowski — Pan wybaczy, Doktorze, no ale jak mogę Pana tu nie wymienić i nie podziękować? Doktor ujął mnie swoją wiedzą, mądrością, ale też — co dla mnie jest ważne — poczuciem humoru. W szpitalu ogarnął mnie spokój, wiedziałam, że nie ma odwrotu. W dzień operacji doktor wpadł do mnie, raz dwa nakazał przebieranie się w zielone, szpitalne wdzianko, premedykacja i jazda na salę operacyjną. Pamiętam, że jeszcze rozmawiałam z personelem tam, widziałam, gdzie jestem. Już się nie bałam. Zasnęłam w sekundę. Po przebudzeniu było mi… dziwnie. Ciężko. Miałam wrażenie, że nowe piersi ciągną mnie w dół. Przez dwa dni w szpitalu chodziłam lekko przygarbiona i podtrzymywałam je ręką. 

Traktowałam je z dużą ostrożnością, a wręcz niepokojem i strachem. Nie to co doktor, który wiedział, że wszystko przebiegło pomyślnie, zachęcił do obejrzenia ich, dotknięcia i wprowadził absolutny zakaz dramatyzowania 🙂 Przyjęłam więc swoje nowe piersi i nowe życie na klatę, tak potocznie to ujmując. 

Powrót do domu okazał się być dobrym lekarstwem. Wszędzie dobrze… Wiadomo. Tydzień po wyjściu ze szpitala pojechałam do doktora na wizytę kontrolną. Po wyjęciu drenów poczułam się bosko. Strasznie się tego bałam, ale anioł nie kobieta, obeszła się ze mną tak delikatnie, że nawet nie umiem opisać momentu ich wyjęcia. Wdech i… już. Doktor był bardzo zadowolony z efektów, ja zresztą też, bo powoli się przyzwyczajam do nowych piersi, już nie mam wrażenia, że mnie ciągną w dół. Wyglądają bardzo naturalnie, są kształtne. PRSP — piękne, równe, symetryczne piersi. Wiem, że za jakiś czas będą całe moje i tylko moje, należące pełnoprawnie do mojego ciała. 

Dziś gdy to opisuję, mijają zaledwie 2 tygodnie od operacji. Ale dla mnie to „już” 2 tygodnie. Przeszłam to, udało się nie uciec ze szpitala w akcie paniki 🙂 Przeżyłam, przetrwałam i jestem świadoma, że moje ryzyko zachorowania według prowadzącego mnie profesora genetyka spadło do ok. 1%. Warto było? Oczywiście. Nie wahałabym się nigdy więcej. 

Zachęcam wszystkie kobiety do regularnych badań, do wczytania się też w swoje historie rodzinne, bo może tam gdzieś tkwi źródło problemów zdrowotnych. Warto to wiedzieć, warto to sprawdzić. Są teraz takie możliwości, że należy korzystać ze wszystkich odkryć nauki i medycyny. Nasza babcia takiej szansy nie miała… Warto też znaleźć dobrego, baaa! najlepszego dla nas specjalistę, który otoczy nas opieką, a swoją wiedzę przełoży na nasze zdrowie i życie. Ja — dzięki mojej kochanej siostrze, która przekopała Internet w poszukiwaniu informacji — znalazłam swojego w Częstochowie. Teraz trzymam wielkie kciuki za nią i wierzę, że ona trafi już niebawem po zakończeniu swojego leczenia, w te same dobre ręce. Chciałoby się napisać „ręce, które leczą” 🙂 

Justyna

Moje Prywatne Ratunkowe Szczęśliwe Podejście – Moje PRSP, które pomogło mi przebrnąć przez chorobę

Piszę do Was parę słów o swojej chorobie – jaką jest rak piersi, ponieważ chciałabym podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami. Długo zastanawiałam się, co mogę i chciałabym Wam napisać/powiedzieć, aby takim dziewczynom jak ja było łatwiej. Moja przygoda z PRSP nie zaczęła się od samego początku diagnozy. Najpierw było wielkie i bolesne zderzenie ze ścianą jednego ze szpitali na Śląsku i wizytą u lekarza, o którym nie mogę powiedzieć, że jest złym lekarzem, ale na dany czas nie był to lekarz dla mnie, ponieważ brakowało mu delikatności, jaką powinien mieć pracując z kobietami.

Telefon od nieznajomej…

Po powrocie do Częstochowy, grono znajomych i przyjaciół zaczęło do nas wydzwaniać pytając: po co gdzieś jeździmy, skoro u nas jest świetny fachowiec, który „bryluje” w tematyce piersi – jak to dokładnie powiedziała moja Pani ginekolog 😉 Byłam bardzo „zdołowana” informacją, że zdiagnozowano u mnie raka piersi. Jedyne, o co w tym czasie się modliłam to to, aby na mojej ścieżce pojawiły się właściwe osoby, które się mną zaopiekują i przez to wszystko, co przede mną przeprowadzą. I tak też się stało, w bardzo krótkim czasie. Otrzymałam numer telefonu do nieznajomej kobiety, która została wyleczona przez PRSP i o wszystko ją wypytałam. Pamiętam, że po drugiej stronie słuchawki słyszałam osobę bardzo pozytywnie nastawioną do życia, z ogromną dawką energii.

Już na pierwszej wizycie w szpitalu wiedziałam, że jestem w odpowiednim dla mnie miejscu. Pomimo powagi tematu i rozmowy o mastektomii i jednoczesnej rekonstrukcji piersi, której musiałam się poddać, czułam się niezwykle komfortowo i widziałam, że przede mną stoi lekarz z prawdziwego powołania, z zaskakującym podejściem do tematu. Tym razem podczas wizyty nie trzęsłam się jak galareta, nie miałam żołądka ściśniętego z nerwów, jak u wcześniejszego specjalisty… Wyznaczyliśmy termin operacji i czekałam z głową pełną niepokojących myśli, co to dalej się będzie ze mną działo, jaki będzie wynik po operacji, jak będę się po niej czuła, jaka będzie narkoza itd.. Jestem osobą wierzącą i ta moja wiara była ocaleniem podczas całej choroby. Otrzymałam w tym czasie kartkę z Jasnej Góry na której był fragment Pisma Świętego:

“2 To mówi Pan:
«Znajdzie łaskę na pustyni
naród ocalały od miecza;
Izrael pójdzie do miejsca swego odpoczynku.
3 Pan się mu ukaże z daleka:
Ukochałem cię odwieczną miłością,
dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość2.
4 Znowu cię zbuduję i będziesz odbudowana,
Dziewico-Izraelu!
Przyozdobisz się znów swymi bębenkami
i wyjdziesz wśród tańców pełnych wesela.
5 Będziesz znów sadzić winnice
na wzgórzach Samarii;
uprawiający będą sadzić i zbierać.”

W rytmie King of Leon…

Już wtedy wiedziałam, że jestem tu, gdzie powinnam – na właściwym miejscu, pośród dobrych ludzi. W niedługim czasie wszystkie moje lęki zostały rozwiane. Bardzo szybko okazało się, że operacja  nie taka straszna, a narkoza to najlepszy drink, jakiego miałam okazję skosztować 😉 Na salę operacyjną wjechałam pytając, gdzie jest ta muzyka, o której, tyle słyszałam od innych pacjentek, że leci podczas operacji. Na co dr Przemek od razu zareagował poklepując mnie po ramieniu. Ta muzyka towarzyszyła mi potem podczas każdej następnej wizyty u doktora. Czas mojej operacji trafił na dość ciężki okres pandemii koronawirusa, przez co każdy bał się, że nie będzie miał dostępu do lekarza i szpitala. Pamiętam jak przyjechałam na ściągnięcie szwów, a już na korytarzu z gabinetu wydobywała się melodia piosenki Kings of Leon 🙂 Jak zapewnił mnie  dr Przemek nawet pandemia nie zatrzyma leczenia. Powiedział: będziemy działać i leczyć nawet podczas wojny! Nie byłam łatwym pacjentem. W domu doszkalałam się na temat nowinek dot. raka piersi i śmiałam się za każdym razem, że pewnie mają mnie już w Jurajskim Centrum Onkologii dosyć 😉 Za każdym razem polemizowałam z wiedzą doktora, a on udowadniał mi swoim doświadczeniem i przekonywał do swoich racji. Każda moja wizyta w szpitalu dodawała mi siły i odwagi oraz napędzała we mnie entuzjazm do działania. Każda z Pań, która pracuje w Jurajskim Ośrodku Leczenia Raka Piersi, zaczynając od od samej rejestracji, gdzie zawsze stała uśmiechnięta Pani Paula, pamiętająca jak nazywają się pacjentki, poprzez Panie pielęgniarki: Panią Wiesię i Zosię, które podzieliły się ze mną swoim doświadczeniem przy różnych komplikacjach i sprytnie zagadywały podczas zabiegów, aby odwrócić moją uwagę, a kończąc na Pani Ewie koordynującej i dopinającej teczkę każdego pacjenta.

Moje PRSP

Tak właśnie, teraz jest dobry moment, aby podzielić się swoim spotkaniem z PRSP. To hasło nie tylko działa, ale żyje prawdziwym życiem pacjentek. Każda „nowa” jest zarażana pozytywną energią od „uleczonej”. Pamiętam, jak na początku dzwoniłam do obcej dziewczyny porozmawiać o jej doświadczeniach, a po przejściu swojej choroby, sama stałam się dziewczyną po drugiej stronie słuchawki 😉 Najwspanialsze jest to, że pod koniec takiej rozmowy, słyszałam w głosie rozmówczyni dziwną energię i odzyskaną radość, tę nadzieję i wiarę w cuda, jak u mnie. One się zdarzają tylko trzeba mieć oczy szeroko otwarte 😉

Dlatego z całego serducha pragnę podziękować wszystkim za zaangażowanie, trud i pomoc, dzięki którym udało mi się wyzdrowieć. Świadomość, że jestem w tak dobrych rękach, miała dla mnie ogromne znaczenie!

A Wam drogie Panie powiem jedno: „ Nie taki wilk straszny jak go malują” Bardzo dużo zależy od naszego podejścia, a powinno ono być:

Pozytywnym Rozsądnym Spokojnym Podejściem 😉 – PRSP
Moje prywatne PRSP
z pozdrowieniami Paulina

Zapiski z mojej mastektomii

2013

Profilaktyczne usunięcie narządu rodnego; i pierwsze „zderzenia ze ścianą”, o dziwo w środowisku lekarzy — sceptycyzm, zdziwienie, dezaprobata — “Po co usuwać zdrowy narząd?”. Przebrnęłam z mieszaniną różnych emocji.

Od około 2 lat

Burza,walka, bitwa myśli o profilaktycznej mastektomii. Szukam i trafiam na dr Jasnowskiego, pada wybór — to On. Budzi moje zaufanie, decyzję potwierdza profil doktora na Facebooku; śledzę, czytam, oglądam filmiki — duża pomoc i wiedza dla mnie. Jest wizyta, termin operacji, przebrnięcie przez procedurę 'papierkową”, jest moja świadoma decyzja, a gdzieś tam słyszę głosy: “A po co ci to?”, “Okaleczać się…”, “Moda na Angelinę Jolie…” itp. Dziesiątki jak nie setki razy czytam te same artykuły na temat mastektomii, bo ciągle szukam potwierdzenia słuszności decyzji, którą podjęłam. Z drugiej strony jest strach, obawa, niepewność i niezrozumienie (niestety)…

17.06.2020 r.: Przyjęcie do szpitala, na drugi dzień rano po obchodzie zaczynam czuć dyskomfort, puszcza ogromna tama nagromadzonych emocji niepewności (której nawet nie byłam świadoma). Wylewają się łzy złości, strachu, bezradności, bezsilności i ogromnej niepewności! Jest chęć ucieczki, czuję wściekłość, zadaję sobie pytanie “Co ja tutaj robię?!”

Co mi pomogło?

Punkt zwrotny: Mimo natłoku zajęć w tym dniu, zjawia się u mnie dr Jasnowski (choć chyba widzę w jego oczach odrobinę złości czy zdziwienia, może frustracji). Jest bardzo konkretny i rzeczowy. Nie bardzo pamiętam, co dokładnie mówił, ale ważne stało się dla mnie, że BYŁ, że poświęcił dla mnie czas, że porozmawiał ze mną… 

Zaaplikowane relanium wyciszyło. „Otwieram oczy” i dostrzegam wokół inne pacjentki — rozmawiam z nimi, dostrzegam przemiły, empatyczny personel oddziału, czuję się jak we wspólnej rodzinie, nabieram zaufania i z pokorą oczekuję na operację… Na salę operacyjną jadę spokojna, z pełną ufnością do Pana doktora i personelu… 

Po operacji: W pierwszej dobie po operacji, leżąc na łóżku, trafiam na wpis na Facebooku Chirurgia Piersi — nie jest mi obojętnie, widzę wpis dziewczyny, która tak jak ja traci motywację do profilaktycznego zabiegu, widzi bezsens sytuacji… A ja spontanicznie jej piszę: „Dziewczyno, miałam tak samo, a teraz dobę po operacji jestem bardzo, bardzo szczęśliwa i to była najsłuszniejsza decyzja…”

Jestem spokojna, jestem szczęśliwa. Żałuję tylko, że 11 lat temu, kiedy umierała moja 39 letnia siostra, nie wiedziałam, że ma mutację, nie znałam dr. Jasnowskiego, nie miałam tej wiedzy, którą mam teraz. Dlatego chce mi się głośno krzyczeć, że świadomość i wiedza społeczna jest ciągle za mała! Nie wstydzę się moich trudnych emocji, stoczonej walki sama ze sobą, uważam się za Zwycięzcę!

DZIĘKUJĘ, Doktorze! 🙂

Ten komentarz czytałam w kółko i wciąż:

“PROFILAKTYCZNA MASTEKTOMIA. CZY WARTO SIĘ JEJ PODDAĆ? Odpowiedź na postawione pytanie, w pierwszym odruchu wywołało we mnie zaniepokojenie i nasunęło szereg wątpliwości. Rozstrzygnięcie tego problemu nie jest bowiem łatwe, ani jednoznaczne. Jednak głos w dyskusji na ten temat powinien pochodzić także z ośrodka, w którym leczy się wiele osób chorych na nowotwory złośliwe gruczołu piersiowego. Nie muszę podejmować osobiście tej bardzo trudnej decyzji i mam świadomość, że moja opinia może nie mieć dużej siły przekonywania. Mając jednak prawie całkowitą możliwość uniknięcia prawdopodobnej katastrofy, nie zawahałbym się, aby skorzystać z tej szansy. Tak samo, gdy słysząc w radio prognozę pogody, zapowiadającą ulewne opady, które z prawdopodobieństwem 50-80% spowodują zalanie garaży w mojej dzielnicy, przestawiłbym swoje auto w inne, bezpieczniejsze miejsce. Mimo, że to przecież tylko samochód.” Komentarz dr. n. med. Tomasza Nowikiewicza z Oddziału Klinicznego Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej, Centrum Onkologii w Bydgoszczy” (źródło: FOCUS CO, Magazyn Pacjentów Onkologicznych).

Katarzyna, lat 50, mutacja BRCA1, od 10 lat pod kontrolą Centrum Onkologii w Gliwicach


Krótko o historii mojej choroby — moje PRSP vs. nowotwór 1:0

Rok 2010

Maj: operacja usunięcia łagodnego guza piersi.
Czerwiec: wynik badania histopatologicznego — nowotwór, złośliwy, z przerzutami.
Lipiec: amputacja piersi prawej.
Sierpień-grudzień: chemioterapia.
Styczeń-luty: radioterapia, skuteczne leczenie, powrót do rzeczywistości, do 2016 roku hormonoterapia.

Rok 2014

Skierowanie na zabieg rekonstrukcji. Wybór jednego z dużych szpitali na Śląsku — 4 lata oczekiwania, zaproszenia na wizyty raz, dwa razy w roku. Decyzji, konkretów brak, pomocy w ich podjęciu również…

Rok 2018

Wizyta w Częstochowie u doktora Jasnowskiego. Jedna wizyta w lipcu, same konkrety, szybka decyzja, od razu ustalony termin pierwszego zabiegu wraz z planem leczenia. Obawy? Mnóstwo. Strach? Ogromny. Pytania? Więcej, niż odpowiedzi… Co z pracą? Ile wizyt? Ryzyko nawrotu choroby? Zasłyszane mity: Jak jest dobrze, lepiej „nie ruszać”… Co z moimi ulubionymi podróżami? I wiele innych…

Dla Doktora żadna z moich wątpliwości nie była problemem. Na każde pytanie miał odpowiedź. Czy będzie bolało? Będzie. Czy da się wytrzymać? Oczywiście. Plusy: komfort psychiczny, wygoda, mniejsze problemy z coraz bardziej krzywym kręgosłupem…

Zabieg

Efektem lipcowej wizyty było skierowanie do szpitala w Częstochowie celem wykonania zabiegu rekonstrukcji piersi prawej płatem LD i ekspanderem, w dniu 22 października 2018 roku. Do szpitala zgłosiłam się 21 października, w domu byłam już 4 listopada. Obolała, w opatrunkach, bez protezy w kieszonce gorsetu, zgodnie z zaleceniem, w sportowej bieliźnie. Po tygodniu wróciłam do pracy. Przez kilka tygodni, co 7 dni musiałam stawić się w szpitalu, aby stopniowo dopełniać ekspander, aż pierś osiągnie oczekiwaną objętość. Termin drugiego etapu rekonstrukcji polegający na wszczepieniu protezy celem całkowitej rekonstrukcji piersi ustalono na 29 stycznia 2019 roku. Wszystko odbyło się zgodnie z planem. Pobyt w szpitalu 28 stycznia-1 lutego. Strach i ból znacznie mniejszy. Po kilku dniach powrót do pracy. Kilka wizyt kontrolnych i decyzja o symetryzacji piersi lewej. Termin — najbliższy z możliwych: 1 marca, powrót do domu: 2 marca, powrót do pracy: 5 marca. Po tygodniu — jedna wizyta kontrolna. I w zasadzie to wszystko!

Po zabiegu

Czy żałuję? Bardzo! Tych wszystkich lat, zanim trafiłam do Doktora Jasnowskiego. Wcześniejszych wizyt u innych lekarzy, które w żaden sposób nie ułatwiły mi podjęcia decyzji, braku kogoś, kto udzieliłby profesjonalnej rady.
Leczenie rekonstrukcyjne oraz symetryzacja bardzo wiele zmieniły. Z ulgą pozbyłam się zewnętrznych protez, które towarzyszyły mi każdego dnia, najbardziej uciążliwe były podczas licznych podróży: pływacka, samoprzylepna, oddychająca… Koniec z zakupami specjalnej bielizny i kostiumów protetycznych. Możliwość zakupu bielizny tam, gdzie lubię, a nie tam, gdzie muszę. Często podróżuję, chodzę po górach, żyję aktywnie. Noszę koszulki na ramiączkach, mogę pozwolić sobie na głębszy dekolt, bez obaw i stresu, że gdzieś coś mi się przesunie. Z dumą spoglądam w lustro i wiem, że gdybym jeszcze raz miała dokonać wyboru, zrobiłabym to bez wahania.

Anna

Duże piersi, duży problem… O redukcji piersi

O zabiegu redukcji piersi myślałam od kilku lat, może nawet około dziesięciu. W zasadzie marzyłam 
o tym, żeby mieć mniejsze piersi, jednocześnie bałam się operacji i tak sytuacja trwała. Życie z piersiami w rozmiarze I odbiega od standardów „normalnego” życia. Pojawia się coraz więcej ograniczeń  w codziennym funkcjonowaniu i z czasem kobieta czuje się zakompleksiona, odosobniona, spada poczucie wartości. 

Dlaczego zdecydowałam się na zabieg?

Do każdej decyzji trzeba dojrzeć, w moim przypadku musiałam pokonać strach, który zablokował mnie na lata. Uważam, że decydującym momentem i bodźcem było ukończone 50 lat i coraz gorsza jakość życia,  konieczność rezygnowania z wielu aktywności, dopasowanie poszczególnych dziedzin życia do ograniczonych możliwości pełnego funkcjonowania, niechęć wychodzenia z domu, ból fizyczny i wstyd związany z wyglądem. Do tego świadomość, że jest coraz mniej czasu…

Czego się bałam? 

Generalnie igły i widoku krwi. Był to dla mnie pierwszy zabieg w życiu, pierwszy wenflon, pierwsza narkoza itd. A igła jest dla mnie dużym problemem. Nie bałam się bólu. Okazało się poza tym, że nie odczuwałam go ani w dniu zabiegu, ani w następnych dniach.

Co czuję teraz, kilkanaście dni po zabiegu?

Ogromną ulgę, swobodę, jestem na pewno dużo szczęśliwsza. Nie mogę doczekać się zakupu normalnych biustonoszy. Żałuję jedynie, że tak długo zwlekałam.

Dziękuję

Korekta płci w PRSP — okiem Pacjenta

Wiedziałem, że chcę tej operacji, zanim jeszcze w pełni zrozumiałem pojęcie transpłciowości. Ciężar życia w niewłaściwym ciele towarzyszył mi od zawsze, a z upływem lat jedynie coraz bardziej dawał o sobie znać. Każdego dnia musiałem poświęcać dużo czasu i energii, żeby zakryć swoją klatkę piersiową przed innymi, jak i przed samym sobą. Mimo starań i tak nie mogłem żyć tak swobodnie, jak moi koledzy.

Pozytywne zaskoczenie

Kiedy jednak trafiłem do PRSP, już na pierwszej wizycie przekonałem się, że nie będę musiał walczyć o szacunek. Doktor widząc, że się denerwuję, sam zapewnił mnie, że nie ma wątpliwości co do mojej tożsamości i że w żaden sposób nie wpłynie ona na moje leczenie. Po raz pierwszy od dawna poczułem się potraktowany jak ktoś, kto wie, czego potrzebuje. Doktor dokładnie opowiedział mi o zabiegu, pokazał zdjęcia innych pacjentów, zaproponował metodę i termin. Rzeczowo odpowiadał na moje pytania, choć po jego wyjaśnieniach nie miałem ich zbyt wiele. Mimo że rozmawialiśmy o bardzo trudnych dla mnie rzeczach, po wizycie opuściłem gabinet spokojny i poinformowany o wszystkim, co musiałem wiedzieć.

Nie taki diabeł straszny…

W samym dniu zabiegu byłem zdenerwowany, tak jak większość ludzi przed ważną operacją. Bałem się bólu, powikłań i tego, że coś pójdzie nie tak. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Przed wejściem na salę operacyjną spotkałem się z doktorem, który obrysował mnie do zabiegu i uspokoił. Zapytałem jeszcze o kształt blizn, bo miałem jedną uwagę co do ich wyglądu — po wszystkim obudziłem się z dokładnie tym, o co prosiłem. Dzięki lekom dobranym przez anestezjolożkę mogłem zapomnieć o męczącym bólu w trakcie całego pobytu w klinice. W dodatku, ani razu nie spotkałem się z lekceważącymi słowami, krzywymi spojrzeniami czy protekcjonalnym traktowaniem ze strony personelu medycznego. Byłem zwykłym pacjentem, a jako transpłciowy mężczyzna nie zawsze mogę się tak poczuć.

Jestem już miesiąc po zabiegu i jestem bardzo zadowolony z tego, jak wyglądam po operacji. Przed zabiegiem dostałem listę wytycznych, których mam przestrzegać, więc wiedziałem co robić, żeby uniknąć powikłań. Nie miałem żadnych problemów i bardzo szybko mogłem wrócić do większości codziennych zajęć. Cieszę się, że mogłem rozpocząć nowy etap w życiu doświadczeniem, które było tak pozytywne. Takiego podejścia do tematu ze strony personelu i takich rezultatów życzyłbym każdemu, kto przechodzi przez to samo co ja.

PRSP na całym świecie

PRSP cieszy się coraz większa popularnością i świadomością wśród kobiet. Dowodem na to są liczne zdjęcia przesyłane przez Pacjentki, sympatyków, współpracowników i przyjaciół PRSP z całego świata!

Czym jest PRSP?

PRSP, czyli Piękne Równe Symetryczne Piersi to inicjatywa, której celem jest podnoszenie jakości życia Pacjentek dzięki kompleksowemu spojrzeniu na piersi, zarówno jako na problem onkologiczny, rekonstrukcyjny, jak i estetyczny.

Galeria z całego świata

Zapraszam do obejrzenia działu PRSP na świecie w Galerii — można tu znaleźć fantastyczne zdjęcia ze wszystkich zakątków świata z #PRSP w roli głównej! Są tu zdjęcia z Włoch, Stanów Zjednoczonych, Australii, Singapuru, a nawet Zanzibaru!

Jeśli również podróżujesz na świecie, nie zapomnij zabrać ze sobą wizytówki #PRSP — zrób zdjęcie i podziel się nim z nami! Dołącz do międzynarodowej rodziny #PRSP i uczestnicz w szerzeniu świadomości na temat piersi.